Czego brakuje mi w ŚMie
Na dobry start
Joasia staje się stałym gościem w moich artykułach, kto by się spodziewał. Ale no cóż, bywa, może nawet kogoś przyciąga, nie wiem, nie znam się. Tym razem, tak dla odmiany skupię się nie na jej osobie, a na tym, co stworzyła na poczet serii Harry Potter. A raczej na tym, o czym nie pomyślała.
O! Tak przy okazji wspomnę, że inspiracją artykułu były przemyślenia Nicole de Morier; czekam na więcej!
Czarodziej też człowiek, jeść musi
Zaczniemy od podstawy – skąd czarodzieje biorą jedzenie? Bo tacy Weasleyowie mają swoje małe gospodarstwo, ale raczej nie wyobrażam sobie Goyla seniora karmiącego kury czy sprzątającego chlew. To samo z ogródkiem, bo wiemy, że Weasleyowie go posiadali, a Lovegoodowie pewnie też. Więc skąd pozostała część społeczeństwa, która nie bawi się w takie rzeczy, bierze jedzenie?
Z góry zakładam, że większość z nich nie brata się z Mugolami na tyle, by robić wielkie eskapady do Tesco. A jedzenia nie da się wyczarować, można je jedynie powiększyć. Więc pozostają nam dwie opcje do rozważenia pod kątem bardziej/mniej prawdopodobne: pierwsza brzmi “każdy ma własne gospodarstwo, czym im się to podoba czy nie”, a druga to nic innego jak “powiększają wszystko w nieskończoność i raz na rok robią tajne wycieczki rodzinne do Biedronki po nowe produkty”.
Osobiście bardziej przemawia do mnie gospodarstwo, ale nie powiem, wizja Lucjusza w przebraniu w Biedronce naprawdę mnie kusi.
W kwestii jedzenia
Gdzie jest wystarczająco chłodno, by produkty żywieniowe zachowały świeżość przez dłuższy okres czasu? W lodówce. A czego nigdy nie było nigdy wymienionego w Harrym Potterze? Również lodówki. Próbowałam znaleźć, czy aby na pewno się nie pomyliłam, ale nie, czarodzieje lodówek najwyraźniej nie posiadają.
W przeszłości do przetrzymywania mięsa używano beczek z solą. Może czarodzieje dalej tego używają? Patrząc na to, że wciąż korzystają z pergaminu, piór i świeczek zamiast lamp, jest to prawdopodobne. Oczywiście wierzę w czarodziejów i w to, że ich postęp technologiczny jest po prostu powolny ze względu na trwającą wojnę. Ale nie wiedzieć, czym jest gumowa kaczka… No litości.
Bardzo szybkie sprawdzenie historii powstania wspomnianego urządzenia informuje, że było powszechnie używane już w latach 30. XX wieku w krajach zachodu. Pragnę przypomnieć, że mówimy o ŚM znanym z Wielkiej Brytanii, która należała właśnie do bloku zachodniego i nie wmówicie mi, że czarodzieje przez sześćdziesiąt lat nie potrafili zaadoptować czegoś tak prostego jak lodówka.
Słowo na 9 liter; tym rządzi się świat
Autorka wspominała kiedyś w wywiadzie, że szkoły w Świecie Magii stworzyła na podstawie systemu brytyjskiego, gdzie, uwaga, dzieci z biedniejszych rodzin otrzymują dofinansowanie na najważniejsze przedmioty, tj. książki i mundurki. Jak wiemy, rodzina Weasley do najzamożniejszych nie należy, a mimo to, samodzielnie kupowali wszystko, zazwyczaj używając ich potem przez kilka, kilkanaście lat.
Czyżby pod dofinansowanie kwalifikowali się jedynie wybrani? A może nigdy nie zostało stworzone? Jakoś nie sądzę, by nikt nie wiedział o stanie finansowym tej rodziny, a Artur pewnie przy niejednej okazji musiał o tym wspomnieć, np. rozmawiając ze współpracownikami na przerwie.
Nie sądzę, by brak dofinansowania i pomocy ze strony MM miała podkreślić nieszczęśliwą sytuację rodzi… Moment, chwila, albo się mylę albo o to chodziło. Chyba odkryłam zagranie poniżej pasa i nie mam pomysłu co z tym zrobić, bo pewnie nikt mi nie wierzy, że tak dobra i rozumna autorka byłaby zdolna zrobić coś takiego. Nie wiem, jak mogłoby mi to wpaść do głowy, pff.
Jakby tu się przemieścić…
Komunikacja miejska. Pewnie teraz myślicie sobie, że przecież jest Błędny Rycerz, ale dajcie mi momencik i wytłumaczę. Tak, mają magiczny autobus, który przyjeżdża, gdy wyciągniesz przed siebie łapkę. Ale gdzie dodatkowe linie? Taksówki? Cokolwiek, co nie wymaga pokazania, że wow, jesteś czarodziejem. Jeden autobus nie jest w stanie obskoczyć całej Wielkiej Brytanii, niezależnie jak bardzo byłby naładowany czarodziejskim pyłem Dzwoneczka.
Co to za problem stworzyć gdzieś postój czarodziejskich taksówek? Albo nie wiem, jakaś magiczna wersja stojaków z rowerami w miastach; są twórcy mioteł, mogliby stworzyć coś takiego, gdzie bierzesz miotłę na południu Londynu i odkładasz ją na stacji King Cross, co za problem? To na pewno nie jest nowy wymysł, wypożyczalnie istnieją od lat.
Wiem, że istnieje aportacja, nie trzeba mnie upominać, ale jednak jest niebezpieczna. Nie każdy potrafi, nie każdy ma szansę się nauczyć. Gdy się ją zastosuje, rozlega się trzask, może i uszedłby na sucho w godzinach szczytu, ale co, kiedy jest potrzeba udania się gdzieś nocą? A co jeśli kobieta jest w zaawansowanej ciąży? Ja osobiście nie wzięłabym nikogo w takim stanie ani to trzęsącego się jak cholera autobusu, na miotłę, czy (broń Boże) aportowała się z nią. W takich momentach przydałaby się jakaś normalna taksówka, to nie gryzie brać Mugolskie pomysły i dostosowywać je pod siebie.
Halo? Halo? Jeste- Rozłączył się.
Człowiek jest zwierzęciem społecznym, więc musi się socjalizować, albo chociaż mieć kontakt z kimś. Ale przekaz informacji innych niż tea, sis też jest ważny, dlatego by bardzo szybko informować kogoś o różnych sprawach, czarodzieje wysyłają sobie sowy. Które łatwo przechwycić i zabić.
Tak patronusem też można wysyłać wiadomości, ale fele-, znaczy telefon, jest bardziej skuteczny, bo sporej części spraw nie ma możliwości omówić w kilku zdaniach, które jest w stanie przenieść taki twór. Telefon naprawdę się przydaje, na przykład umówić się na spotkanie, poinformować że zabiera się kogoś na mecz, chce się z kimś zobaczyć już, teraz i w tym momencie. Ale nie, lepiej wysyłać sowy.
Już dobra, nie wymagam, by opanowali tak straszną technologię, ale niech chociaż zainwestują w inny sposób dostarczania listów. Pani Weasley kazała Erolowi przenosić kilkukilogramowe (!) paczki, to już podchodzi pod maltretowanie zwierząt, dziwię się, że nikt tego nie zauważył, ale nie zawsze znajdzie się odpowiednik Modesty Radnott, który gotów jest zawalczyć o prawa zwierząt. Nawet nie chcę wiedzieć ile sów zostało zakatowanych przez zbyt ciężkie paczki. #SowaTeżZwierzę
Last but not least!
Edukacja. W ŚM siedem lat, w Polsce co najmniej 12. Ale co ma być to będzie, wolę to niż przymusowe roboty w kamieniołomach. W każdym razie są rzeczy, których brakuje mi w nauczaniu w Hogwarcie (no bo gdzie, jak tylko tam wiem, czego się uczyli). Zaczynamy, mam nadzieję, że Drogi Pan Prezydent z Polski nie wyrzuci ani mnie, ani Naczelnych za zaakceptowanie tego artykułu.
Zacznijmy od podstaw, czyli najprostsza matematyka i język ojczysty. Pewnie nauczanie domowe miało swoją rolę, ale nie wszyscy mieli do niego dostęp. Osoby urodzone w domach Mugoli chodziły do szkoły, z tym się nie kłócę; gorzej z resztą, bo pewnie nie każdy się tego uczył poza okazjonalnym “chodź, synu, nauczę cię czytać”. Uważam, że warto by było wprowadzić zajęcia, może jeden semestr, gdzie byłoby douczanie w tym kierunku i we wszystkich innych, jakie wymienię poniżej.
Dalej w edukacji pojawia się jakaś przyroda i języki obce na zaawansowaniu wyższym, niż głupie piosenki o pogodzie. Ta przyroda to wiecie, niepotrzebna w sumie w magii, ale podstawy przez semestr byłyby dobre. Angielski to język międzynarodowy i prawdopodobnie nie czują potrzeby uczenia innych, ale siedem lat zakuwania Francuskiego jeszcze nikogo nie zabiło, a te wszystkie rodzaje litery “e” są jedynie drobnym dodatkiem patrząc na to, że mogliby się dogadać wówczas z Beauxbatons, nawet przeprowadzić wymianę międzyszkolną!
No właśnie, wymiana. Nie wiem jak wy, ja bym chciała poznać szkołę za granicą, ale wycieczki kulturowe też by nikomu nie zaszkodziły. Czy kiedykolwiek widzieliśmy, by uczniowie Hogwartu wyszli poza zamek dalej niż do Hogsmeade? Nie, bo nie mają w planie nauczania wycieczek. A mogliby wybrać się do Stonehenge czy Loch Ness, lekcje w terenie są ciekawe i czasem łatwiej się tak nauczyć. Albo w ciepłe dni przeprowadzić zajęcia na Błoniach, na przykład Zaklęcia, które nie wymagają wielu rzeczy. Trochę ruszyć głową i już ciekawiej i przyjemniej. Wiem, że szkoła ma uczyć, ale oni tam spędzają większość swojej młodości, uratujcie ją trochę.
A teraz to, co może zakończyć moją Polską karierę. Edukacja seksualna albo wychowanie do życia w rodzinie. To naprawdę się może przydać… jeśli jest przeprowadzone przez kogoś kompetentnego, kto jednocześnie nie jest duchownym. Semestr, może dwa i z głowy, powiedzmy na czwartym roku.
Nie wymagam wiele, pani Pomfrey by się nadała do wyjaśniania spraw Matki Natury. Bo w szkole jest te powiedzmy 500 osób w czasach Harry’ego, bo ze względu na wojnę nie było tyle dzieci, więc można się domyślić, ile nieciekawych i bardzo nieodpowiednich rzeczy mogło się dziać. Jak już muszą, bo to nieuniknione, to chociaż poinformować o tym, jak się zabezpieczać.
Hell(o)
Jak widać, starałam się napisać artykuł, który nie będzie czystym hejtem w stronę pewnej osoby i raczej się udało. Jeszcze raz przypomnę, że inspirowałam się rozmowami z Nicole de Mortier.
Mam szczerą nadzieję, że nikt nie poczuje się urażony tym, że postanowiłam wytknąć braki w ŚM. Do zobaczenia!
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz