Ciekawostka: tytuł tego artykułu przeżył jakieś 10 zmian i wciąż nie jestem usatysfakcjonowana
Marinie.
Byli mężczyźni, pora na kobiety
Ostatnio omówiłam trzy sylwetki męskie z serii Harry Potter, które są niesłusznie uwielbiane. Dzisiaj spojrzę na trzy kobiety, którym powinno stawiać się pomniki, jednak nim do tego dojdę, chcę wyjaśnić pewną sprawę odnośnie Draco Malfoya, który stał się “bohaterem” poprzedniego numeru.
Zarzucono mi (w tym momencie pozdrawiam Redaktor Naczelną Beauty Bareę), że pojawił się on w ostatnim artykule całkowicie niesłusznie i zdaję sobie sprawę, że mogliście wszyscy odnieść takie wrażenie. Jednak umieściłam go tam ze względu na sposób, w jaki odbierają go często młode osoby, które pierwszy raz mają styczność z serią. Nie chcę, by był kolejnym romantyzowanym bucem z gatunku “łobuz kocha najbardziej”; moim marzeniem jest to, by wszyscy zobaczyli, że Malfoy to nie tylko ataki personalne na mugolaków, tylko inteligentny chłopak z ciężkim życiem osobistym, którego otoczenie i koszmarny sposób wychowania wykształciło na dupka.
Jej pomnik powinien stanąć na środku Wielkiej Sali
Minerwa McGonagall, o niej mogłabym pisać pieśni pochwalne od świtu do zmierzchu, jednak postaram się streścić. Minerwa była genialną nauczycielką transmutacji, ważnym członkiem Zakonu Feniksa i sprawiedliwym opiekunem Gryffindoru, który mimo tej roli nie faworyzował mieszkańców tego Domu. Minnie, jak nazywali ją Huncwoci, była też ważną osobą w życiu Harry'ego, jak i wspomnianych Huncwotów, dla których – mimo że nigdy by tego nie przyznała – pełniła rolę matki, była wyrozumiała i nie zaczynała od krzyku, a od rozmowy, rozumiała ich problemy, była w stanie przymknąć oko na drobne wpadki. Nienawidziła faworyzacji uczniów, a mimo to miała swoich faworytów, nie ukrywajmy tego, ale czy to znaczy, że innych traktowała jako gorszych? Nie, bo to zaprzecza sensowi jej zawodu, gdzie powinna stawiać wszystkich podopiecznych na równi, bez wywyższania czy poniżania; akceptowała wiele rzeczy, jednak nierówne traktowanie nie znalazło się wśród nich.
Jako że miałam się streszczać, przejdę do jej osiągnięć, które sprawiły, że pojawiła się tutaj. Zacznijmy od zrozumienia – pewnie zastanawia was, o co mi chodzi? Otóż sprawa jest prosta, przypomnijmy sobie drugi rok, gdzie Harry i Ron staranowali Wierzbę Bijącą, piąty rok, gdzie pojawił się słynny dialog: “Weź sobie ciasteczko, Potter” “Co proszę?” “Weź sobie ciasteczko”; w obu przypadkach nie zaczęła od krzyku, od gróźb wydalenia, a rozmowy. Zależało jej na tym, by uczeń sam przyznał się do tego, co zrobił, bez wielkiego przesłuchania.
Dalej, a raczej wcześniej mamy Mały Futrzasty Problem, czyli wilkołactwo Remusa Lupina. Założę się o lewą stopę, że kilka dni przed i po pełni pozwalała mu na większy luz, jeśli chodzi o zadania domowe czy gorsze wyniki na sprawdzianach. W końcu to niezbyt dobrze świadczyłoby o osobie, która mimo znajomości jego sytuacji, oczekiwałaby pracy na tym samym poziomie co przez resztę roku.
Co ja tam dalej miałam… A tak. McGonagall jest cyborgiem. Oberwała serią zaklęć w pierś i dalej szła do przodu, to się nazywa moc! Nie chcę nawet wiedzieć ile ma lat, jestem pewna że nawet Śmierć się jej boi, nie przyjmuję zaprzeczeń.
Jej bezwzględność w robieniu czegokolwiek, to coś, czego wszyscy powinniśmy się od niej nauczyć. Wstawienie pierwszoroczniaka do drużyny Quidditcha? A gdzie tam zasady, jest dobry – należy mu się miejsce. Cała sprawa z Umbridge i jej wizytacją to skarb, słowa “Może pastylkę na kaszel, Dolores?” to tak prosty, ale tak złożony comeback, że nie wiem, jakim cudem Różowa Żaba nie spaliła się na miejscu. I jak mogłabym nie wspomnieć o Zmieniaczu Czasu. Wstawiła się za Hermioną w celu zdobycia go, nauczyła ją jak z niego korzystać, a wszystko po to, by dziewczyna mogła uczęszczać na wszystkie wybrane przedmioty, bo kim by była gdyby nie wierzyła w jej umiejętności. Ale ruszajmy dalej.
Jej lojalność to skarb. Całe życie spędziła u boku Dumbledore’a, ufała mu, ale nie bała się kwestionować jego decyzji. Mamy tego przykład w pierwszej części, gdy oddawali Harry’ego Dursley’om. Nie była jedynie podwładną, ale też przyjaciółką i doradcą. Minnie była animagiem, może i to tylko domysł, ale jestem pewna, że używała swojej formy kota, by szpiegować dla Zakonu, nie wmówicie mi że nie.
Na swojej drodze spotkałam ludzi, którzy nie lubili McGonagall za to, że była surowa, ale to chyba dobrze? Jest nauczycielką, musi zmotywować uczniów do nauki w taki czy inny sposób. Powinniśmy ją podziwiać, przez lata wykształciła setki, czy nawet tysiące czarodziejów, jednocześnie stając się kimś, na kim można polegać w każdej sytuacji, nawet w zagrożeniu życia.
Ktokolwiek jej nie uwielbia, myli się
Fleur Delacour, absolwentka Beauxbatons, ćwierć-wila, pracownik Gringotta, żona Billa Weasleya i matka trójki dzieci. Dzielna czarownica, która wyrażała swoje myśli na głos, co niezmiernie irytowało wówczas przyszłą teściową. I tutaj bym mogła wymienić miliard wad, które wymyślały jej Ginny i Hermiona, ale nie będę taka, bo nie o to mi dzisiaj chodzi.
Fleur Delacour to postać, do której trzeba się przekonać, nie ukrywam tego. W czwartej części serii jest w dużej mierze opryskliwa, wywyższa się i wciąż powtarza, że jej szkoła jest lepsza, przyrównując różne aspekty obu placówek. Ale jej nastawienie zmienia się po drugim zadaniu, staje się milsza, gdy Harry ratuje jej siostrę. I tutaj pokazuje się jej jedna z cech, które się ceni: dba o bliskich. Lepszy widok na to mamy, gdy Złote Trio ukrywa się w Muszelce – opiekuje się nimi i goblinem Gryfkiem, pomaga Hermionie dojść do siebie po starciu z Bellatrix i okazuje zaniepokojenie planem Harry’ego.
Jest odważna, nie ma co do tego wątpliwości, mam nadzieję. Zgłosiła się do Turnieju Trójmagicznego i gdyby nie problemy, wygrałaby. Wraz z Weasleyami odpowiedziała na wezwanie do walki w II Bitwie o Hogwart, stała ramię w ramię ze wszystkimi i walczyła ile tchu. Pomogła przy przenoszeniu Harry’ego i była zmartwiona śmiercią Szalonookiego, pierwsza podejrzewała, że ktoś mógł ich zdradzić.
Francuzka to nie tylko śliczna buźka, a wiele innych cech wśród nich ta, o której chcę teraz powiedzieć trzy słowa – nie dbała jedynie o wygląd. Gdy po ataku Greybacka na Billa pani Weasley podaje w wątpliwość fakt, że ślub wciąż się odbędzie, Fleur oznajmia: “Ja wygląda tak dobrze, że starczy na oboje! Te wszystki rany to dlatego, że mój mąż taki dzielny!”. Bo wie, że Bill może i będzie miał okropne blizny, ale to nie twarz jest najważniejsza w życiu, tylko wiedza i umiejętności.
Fleur to postać, do której trzeba się przekonać, jak już mówiłam. Ale naprawdę warto przejść poza barierę “wredna suka z Francji” i zobaczyć, że jest dobrą osobą, która nie jest jedynie śliczna, ale i inteligentna.
Może i była zła
Narcyza Malfoy, ostatnia bohaterka dnia dzisiejszego, może i była zła i nie stroniła od okrucieństwa, ale nie można zaprzeczyć, że była kochającą matką. Jasne, popełniała błędy, ale hej! też człowiek. W każdym razie, Narcyza była jedynym Śmierciożercą, który nie przyjął Mrocznego Znaku, więc była bardziej opiekunką swojego męża, niż bycie częścią oddziałów, co możliwe że ocaliło jej życie, ale nie będziemy sie w to zagłębiać.
Większość z was kłóciłaby się ze mną o prawdziwość pierwszego zdania, a sama mam w głowie co najmniej trzy powody dlaczego nie mogłaby być nazywana dobrą matką, ale to nie czas na takie sprawy. Chciała dobrze dla Draco, starała się, by miał przyszłość. Może i nie broniła mu nauki Czarnej Magii, ale wychowała się Blackiem w domu, który przesiąknięty był Ciemną Stroną Mocy. Porozwodzę się jeszcze nad tą kwestią, bo jestem pewna, że ktoś zapragnie się czepiać, że nie przeszkodziła w indoktrynacji i pewnie kontrowersyjnego nauczania w wykonaniu Lucjusza, ale co mogłaby zrobić, mając na karku oddech Voldemorta, który pragnie, by jej syn zajął miejsce w jego szeregach.
Draco, jej jedyny syn, osoba, o którą dba najlepiej jak potrafi. Stawia go na pierwszym miejscu z swoim rankingu wartości. Gdy został oznaczony i wysłany na samobójczą wręcz misję, poszła do Snape’a i wymogła na nim Przysięgę Wieczystą, przyrzec, że będzie chronił jej dziecko za wszelką cenę. Robiąc research do tego artykułu znalazłam słowa “Narcyza Malfoy wychowała okropnego syna”. Nie mogę zaprzeczyć, jednak twierdzenie, że wychowała go na tchórza to najgorsze kłamstwo na przestrzeni całego naprawdę pomylonego artykułu. Dracon nie stał się tchórzem, chciał pokazać swoim wymagającym rodzicom, że jest taki, na jakiego go wychowali, atakował nim został zaatakowany.
Nie mówmy, że jest okropna. Nie mówmy, że jedynie szkodziła. Jest czarownicą, nie wyrocznią delficką, nie wiedziała, co stanie się z jej wyborem za godzinę, dzień, miesiąc. Pomagała najlepiej jak potrafiła w danym momencie. Może i jest zła, ale spójrzmy poza to.
Gdybym miała coś jeszcze powiedzieć
Wiem, że pewnie macie mnie dość, że ciągle wytykam błędy, że co dwa tygodnie krzyczę na coś innego. Ale o to w tym wszystkim chodzi. Nie patrzcie na innych, miejcie własne opinie, nie zgadzajcie się z tym, co piszę. Nie bierzcie wszystkiego jako pewnik, szukajcie, a ja z wielką chęcią wdam się w dyskusję.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz