O niesłusznie lub w zły sposób wielbionych bohaterach
Dedykowane Ślizgonom
Dlaczego postanowiłam o tym napisać
Gdybym miała być szczerze, ten artykuł jest zbędny w waszej egzystencji, w końcu kto słuchałby opinii Pająka? Arachnofobia, te sprawy. Ale w sumie od tego jest ten dział, omawiam różne sprawy, różne problemy, trochę analizuję różne kwestie, jednocześnie spierając się z popularną opinią. Więc, jak widać w tytule, postanowiłam omówić trzy postaci, które bardzo często są uwielbiane pośród fanów Harry'ego Pottera. Zacznijmy od tego najmniej kontrowersyjnego – Severus Snape.
Pierwszy przedstawiciel gatunku Nietoperzum Hogwartum
Severus Snape był Mistrzem Eliksirów, członkiem Zakonu Feniksa i Śmierciożercą. Nadworny podwójny agent i w sumie nie taki całkiem zły nauczyciel. Niezły w kwestii sposobu uczenia. Bo pragnę zauważyć, że nigdy nie używał podręczników, tylko pisał receptury na tablicy i bum! Na szóstym roku Hermiona korzystając z książki miała problemy, a Harry posiadając książkę Księcia Półkrwi nagle był genialny.
W każdym razie, spotkałam na swojej drodze już wiele, wiele osób, które broniły Severusa i próbowały mnie przekonać, że całe życie był dobrym człowiekiem. Tak, kiedyś w to wierzyłam, ale po jakimś czasie zauważyłam, że to nie ma sensu. Głównym argumentem tych osób zazwyczaj jest miłość Snape’a do Lily Potter; jasne, kochał ją, jednak do końca życia nie zrozumiał, że został wrzucony do friendzona. Z tego wynikła jego niechęć do Harry’ego i sposób jego traktowania. To, że raz na meczu Quidditcha ratował go przed rozwaleniem się o ścianę na zaczarowanej miotle nie może zasłonić sześciu lat traktowania jak szmaty, którą myje się podłogę. Jako nauczyciel nie powinien opierać swojego stosunku do uczniów na podstawie ich pochodzenia czy przynależności do Domu, a na ich zachowaniu i chęci do nauki.
Znęcanie się nad uczniami z Domów poza Slytherinem było ulubionym zajęciem Mistrza Eliksirów. Nierówne traktowanie, faworyzowanie Węży było na porządku dziennym na lekcjach i to pokazywało, że nie powinien być nauczycielem. Jako osoba posiadająca swego rodzaju władzę, powinien być bezstronny, a nie był. I nie wmówicie mi, że tylko Harry’ego męczył, bo się nudził, ponieważ na końcu dał mu swoje wspomnienie. To był sposób na przekazanie informacji, żadnej sympatyzacji. Z resztą, na skraju śmierci majaczył, mógł widzieć widmo Lily i przez wzgląd na nią podarować łzę.
Uwielbiany, adorowany, zniszczony
Osobę, o której zaraz się wypowiem, lubię jako jedyną z tej trójcy. Miał ciężkie życie chłopak, co poradzę. Mowa tutaj o Draconie Malfoyu, jedynym dziedzicu rodu Malfoy, jednym z młodszych Śmierciożerców. Prefekt, Szukający drużyny Slytherinu i członek Brygady Inkwizycyjnej.
Zapytacie, jak to miał ciężkie życie? Był bogaty i świetnie się uczył. Otóż to! Wychowanie sprawiło, że stał się wyniosłym dupkiem, który uważał się za lepszego. Jednak oczywistym z mojego punktu widzenia jest to, że cała ta postawa jest jedynie maską zakładaną na wzór ojca. Pod spodem jest zniszczony wychowaniem człowiek, sama Rowling porównała Malfoya z Dudleyem – oboje byli rozpieszczonymi jedynakami, wychowanymi w duchu natarczywej indoktrynacji.
Jednocześnie nie zapominajmy o tym, że był wrednym gnojkiem, który nie szanował tych, których uważał za gorszych od siebie. Uważam jednak, że w pewnym stopniu możemy to usprawiedliwić – Lucjusz był biznesmenem, był wiecznie zajęty, prawdopodobnie ignorował Draco, czy my nie próbujemy na różne sposoby zwrócić na siebie uwagi rodziców? Szczególnie, jeśli jednym z nich jest Śmierciojad, który chce, byś podążył jego śladem.
No właśnie, Draco Malfoy był jednym z najmłodszych Śmierciożerców. Nie sądzicie, że to głupie? Nie był nawet dorosły, gdy go oznaczyli, nie miał wyboru, bo w oczach prawa decydują rodzice a nawet lepiej! Voldemort uważał najwyraźniej, że jest dzieckiem swoich rodziców i jest odpowiedni na zapoczątkowanie kolejnego rozdziału w dziejach jego oddziałów.
W sumie broniąc go, bronię wszystkich Ślizgonów na przestrzeni serii. Chcę zwrócić na niekończącą się dyskryminację Domu Węża, niesłusznie kojarzonych tylko z całym złem tego świata. Nie każdy Ślizgon stanie się kolejnym Czarnym Panem, nie wszyscy chcą zdobyć władzę nad światem, nie każdy Ślizgon jest zły. Koniec serii zwieńczony jest Bitwą o Hogwart, w której mówi się, że Ślizgoni nie walczyli i wszyscy wypominają im to. Szczerze? Też bym nie walczyła, w końcu, dlaczego mam walczyć ramię w ramię z kimś, kto od początku życzył mi najgorszego?
Creme de la creme tego artykułu
Albus Percival Wulfryk Brian Dumbledore, mój najukochańszy bohater serii. Dyrektor Hogwartu, założyciel Zakonu Feniksa, członek Wizengamotu. Mentor i (poniekąd) opiekun Harry’ego. Czy zasłużył na swoje role? Tak, prócz ostatnich dwu wymienionych. Był silnym i inteligentnym czarodziejem, jednak nie chodzi mi dzisiaj o magię, a jego charakter, zachowanie i wybory. Jestem zaciętą przeciwniczką twierdzenia, że Albus od początku do końca był dobrym człowiekiem.
Poznajemy go, gdy oddaje Harry’ego pod opiekę mugolskiej rodziny. Dobra, jeszcze wtedy nikt nie wie, że będą go traktować jak śmiecia, ale nieważne. McGonagall ma obiekcje, a Albus serwuje jej swój ulubiony tekst: “Dla większego dobra” – tyle że w tym wypadku to nie ma sensu, bo oddanie komuś, kogo nie znamy, dzieciaka, który urodził się rok wcześniej jest nader złym pomysłem, bo to nie ich dziecko, a Dumbledore wiedział, jak wyglądała relacja Petunii i Lily, mógł się więc choć trochę domyślić jak będzie wyglądać przyszłość, jego, wkrótce chowanego jak świnia na rzeź, Wybrańca.
No właśnie, chowany jak świnia na rzeź. Zaprzeczajcie ile wlezie, ale to nie zmieni faktu, że dokładnie to robił. Ignorowanie informacji o życiu poza Hogwartem, specjalne nauczanie obiegające zupełnie od zajęć szkolnych, trucie o powinności Wybrańca, yada yada yada. I całe to pranie mózgu nie idzie na darmo, Harry (problem tego zjawiska omówiłam w poprzednim numerze, zapraszam) mimo swojej niechęci, idzie na śmierć jak potulna owieczka, której chciał Dumbledore.
Zostańmy przy sprawie z Wybrańcem i skupmy się na jej przyczynie – Lord Voldemort. Facet chciał zostać nauczycielem, a Albus, znając go i jego ciągoty ku czarnej magii, mógł przyjąć go i w ten sposób ominąłby całą sprawę z Czarnym Panem i wojną. Ale nie, lepiej martwić się, że uczniowie nauczą się czegoś z podstawy i odrzucić kogoś, kto według mnie, byłby dobrym nauczycielem.
Jak już mówimy o Voldim, to kim kierował? Śmierciożercami. A kto był Śmierciożercą? Sevuś, którego ukochany mój Dumbledore wybawił od gnicia w Azkabanie wraz z jego koleżankami z oddziałów. A kogo nie uratował od tego losu? Syriusza Blacka. Jaki jest sens w ratowaniu winnego, jeżeli porzuca się niewinnego? Zrobił to, a raczej nie zrobił, ze względu na to, że wiedział, że Severus podąży za nim w geście podziękowania, a znał Syriusza i zdawał sobie sprawę, że on tego nie zrobi, więc pozwolił mu gnić w więzieniu za cudzą zbrodnię. Później ponownie go zamknął, tym razem w znienawidzonym domu, zbieg zbiegiem ale jednak trochę humanitaryzmu. Mógł zastosować Metamorfio czy cokolwiek w tym stylu, ale nie! wielki i nieomylny Dumbledore musiał go utrzymywać poza wzrokiem ludzi.
W poprzedniej “części” tego artykułu wspomniałam o dyskryminacji Ślizgonów. Tak, boski Albus też ich dyskryminował i to jak! W pierwszej części odebrał im chwałę, uczciwą pracą zarobione punkty, by dodać setki punktów komuś, kto złamał wszystkie możliwe zasady. Gdyby na miejscu Harry’ego, Hermiony i Rona znaleźli się Ślizgoni, zostaliby wydaleni, ale Gryfoni? Zupełnie inna bajka.
Gdybym miała coś dopowiedzieć
Możecie się wszyscy nie zgodzić z powyższym tekstem, jednak powiedzcie, tak szczerze: czy gdziekolwiek naciągnęłam fakty? Czy gdziekolwiek wymieniłam coś, co nie pojawiło się w serii, i w książkach, i w filmach? Możecie też powiedzieć, że jestem pierwsza do wytykania błędów, które sama popełniam. Jasne, popełniam błędy, ale wiem jaka jestem i nie żądam nazywania mnie dobrym człowiekiem.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz