Nieskończony.
Słowem słyszanego już wstępu
Im człowiek starszy, tym częściej nie zgadza się JKR. Najlepszym pisarzem nie była, nie jest i nigdy nie będzie, a jej wybory w pewnych kwestiach fabularnych są, no cóż, wątpliwe. Przynajmniej w kwestii omawianej serii. Na przykład zrobienie z Harry’ego aurora, gdy ten powinien być nauczycielem OPCM było co najmniej głupie. Nie wierzycie mi? Pozwólcie, że przedstawię tę ideę bliżej.
Zacznijmy od początku
Na posadzie nauczyciela OPCM ciążyła klątwa nałożona przez Voldzia, gdy odmówiono mu tejże posady, ale nie o tym chcę w tym momencie powiedzieć. Chodzi mi o Gwardię Dumbledore’a, którą Harry uczył. Przecież jasnym było, że sprawia mu to przyjemność, nawet jeśli z początku nie był przekonany.
Na czym polegało całe jego życie? Na walce. Dlaczego chciałby kontynuować swoje życie ciągle wracając do czegoś, czego nie nienawidził? To jak dawać uderzać się w twarz raz za razem z myślą “może tym razem nie zaboli”.
Wróćmy do klątwy
O całej akcji już powiedziałam, ale jaki był skutek tej klątwy? No taki, że każdy zatrudniony siedział tylko rok. JKR powiedziała kiedyś, że po śmierci Voldka czar został złamany, więc co broniło przed sprawieniem, że cała sprawa z przepowiednią nie zatoczyłaby wielkiego koła? To Harry był tym, który miał być pierwszym nie przeklętym profesorem OPCM. Przecież to byłby genialny pstryczek w nos dla martwego już Czarnego Pana, taki taniec na jego grobie (jakby go jeszcze posiadał).
Przyjemna wizja
Wiemy, że Neville Longbottom został nauczycielem Zielarstwa, był on również przyjacielem Harry’ego. Ten drugi po ojcu miał smykałkę do żartów, a ucząc się niejako od bliźniaków Weasley, był w stanie poprowadzić ich dziedzictwo dalej. Nie chcę teraz wspominać o kolejnym pokoleniu, bo oni to zupełnie inna historia.
Chodzi mi w tym momencie o to
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz